Czytajcie Wilka!

14 08 2011

Przeczytałem „Wołokę” Mariusza Wilka.  Świetna rzecz, napisana niesamowicie, utwierdziła mnie w postanowieniu by wybrać się w tamte strony, to znaczy, konkretnie,  nad Morze Białe (już w tym roku planowałem dwutygodniowy wypad w tamte strony, przełożyłem na bliżej nieokreśloną przyszłość, ale po „Wołoce” myślę, że przyszły rok jest bardzo prawdopodobne.

Zabawne – rusofob planuje sobie wycieczkę do Rosji.

Na opisywanie książki Wilka przyjdzie jeszcze,  być może, czas, trzeba ją przetrawić, przemyśleć, może przeczytać ponownie (choćby dla języka). Ale – trochę na marginesie – jedna rzecz warta jest wspomnienia. Otóż Wilk poświęca w Wołoce kilka stron książce Stefana Bratkowskiego „Pan Nowogród Wielki” . Tak się składa, że słuchałem nie tak dawno temu wywiadu z Bratkowskim, bodaj w TOK FMie, czy może w Trójce, nieważne. Autor opowiadał tam – barwnie, przyznaję – o Nowogrodzie Wielkim, zdaje się reklamując przy okazji swą najnowszą książkę, też poświęconą historii Nowogrodu („Atlantyda tak niedaleko”).  Reklama była – prawie – skuteczna; po audycji wpisałem zarówno „Atlantydę” jak i „Pana…” na listę – do kupienia (w swoim czasie). Po przeczytaniu uwag Wilka obie pozycje z listy wylatują. Otóż Wilk (przekonująco) wytyka Bratkowskiemu niedoróbki, zmyślenia, błędne tropy i to bynajmniej nie w kwestii błahostek, ale w odniesieniu do kwestii fundamentalnych. Na przykład tak zachwalanej przez S.B. demokracji kupieckiej (Wilk przytacza argumenty za tym, że w istocie nie wyglądała ona wcale tak pięknie). Godna podziwu odwaga Wilka – Stefan Bratkowski, to, wiadomo, figura, człek niezmiernie zasłużony, wytknąć komuś takiemu błąd to jak rzucić zgniłym jajem w pomnik.

Dlaczego w międzyczasie jednak żadnej z książek Bratkowskiego o Nowogrodzie nie kupiłem? Otóż cały czas miałem w pamięci jego artykuł na temat systemu podatkowego (nie pamiętam już, gdzie i kiedy opublikowany, stawiałbym na Politykę lub może Wyborczą), w którym znalazły się, powiedzmy najoględniej, niezbyt precyzyjne  i rozsądne stwierdzenia na temat podatku od wartości dodanej, lepiej znanego w Polsce jako „podatek VAT” (BTW w wyrażenie to – które weszło już do mowy potocznej – ma w sobie wbudowany błąd językowy, ponieważ skrót VAT rozszyfrowuje się właśnie jako Value Added Tax, czyli podatek od wartości dodanej; mówiąc zatem „podatek VAT” mówimy w istocie: „podatek od wartości dodanej podatek” – głupio, prawda? 🙂

But, I digress.

Wracając o Bratkowskiego – od tamtego artykułu podchodziłem do jego publicystyki/pisarstwa z pewną nieufnością. Uwagi Wilka tylko tę rezerwę wzmocniły. Choć  – trzeba oddać cesarzowi co cesarskie – mówił o Wielkim Nowogrodzie naprawdę zajmująco. Nawet jeśli nie była to prawda 🙂

Po zastanowieniu – czego ja się czepiam, przecież już dawno temu przestałem liczyć na to, że od dziennikarzy przeczytam/usłyszę prawdę 🙂





Dlaczego globalne ocieplenie jest kwestią ideologiczną?

28 06 2011

Czytam sobie książkę „Globalny ład” o ociepleniu klimatu.  Autorem – Nicholas Stern, sądząc po biogramach wybitny ekonomista, w CV pełno pozycji i stanowisk, za które (choćby za jedną z nich)każdy polski karierowicz dałby się pokroić na drobne kawałeczki (włącznie, zapewne, z niżej podpisanym, o ile niżej podpisany w ogóle by się nadawał na którekolwiek z owych stanowisk). Spójrzcie  zresztą sami  na biogram Sterna.

Globalny ład traktuje o ociepleniu (globalnym – jak się można domyślić z tytułu książki), które może skutkować globalnym nieładem.

Co dokładnie jest w książce, dam znać innym razem. Teraz  jedna tylko refleksja, sprowokowana tym, gdzie książka Sterna się ukazała – a ukazała się w wydawnictwie Krytyki politycznej, czego by nie mówić, posiadającym wyraźne inklinacje ideologiczne (powiedzmy najbardziej ogólnie „lewicowe” lub, jak kto woli, „lewackie”). To zresztą nie pierwsza książka o globalnym ociepleniu opublikowana przez KP. Gdybyśmy jednak chcieli poszukać podobnych publikacji po drugiej stronie ideowej barykady (tam gdzie dominuje „prawicowość” lub, jak kto woli „prawactwo”) znaleźlibyśmy głównie teksty kwestionujące w ogóle globalne ocieplenie (że to humbug, spisek kapitału i rozwiniętych państw etc., albo wymysł oszalałych lewicowców).

Nie wchodząc w meritum sporu, zastanawia mnie, dlaczego kwestia ta (znaczy „globalne ocieplenie”),  jest tak jednoznacznie kojarzona ideologicznie (zwłaszcza w Polsce). Jeśli  ktoś twierdzi, że globalne ocieplenie jest faktem, znaczy to że to lewicowiec („cholerny lewak”); jeśli ktoś w to wątpi – wiadomo, prawicowiec – konserwatysta („cholerny prawak”).

Nie wiem dokładnie, jak do tego doszło, lecz ta polaryzacja jest IMHO jednym z największych nieszczęść w dyskusji nad zmianami klimatu. Bo sprowadza się to do tego, że ewentualne porozumienie będzie bardzo trudne (o ile w ogóle możliwe) – spór ideologiczny, oglądany z dystansu (trochę wymuszonego dystansu – ostatnio trudno mi się identyfikować zarówno z prawicą jak i lewicą, zwłaszcza ich polskimi mutacjami) charakteryzuje się bowiem tym, że jedna strona całkowicie ignoruje argumenty strony drugiej (i vice versa). Tymczasem globalne ocieplenie jest kwestią faktów – albo zachodzi, albo nie – i nie powinni się spierać o to przeideologizowani publicyści, wykazujący  się najczęściej bardzo powierzchowną znajomością tematu (zagadka: po czym poznać publicystę/komentatora prasowego? – nie zna się na niczym, ale autorytatywnie wypowiada się o wszystkim). Jeśli już, to spór powinien być toczony przez naukowców – i tu, zdaje się, większość jest „za” ociepleniem, choć z tego co kojarzę, są też głosy przeciwne, zwłaszcza dotyczące tego, czy efekt ten został spowodowany przez człowieka.

Osobiście, choć trudno by było o mnie powiedzieć, że jestem lewicowcem, bardziej przekonujące wydają mi się argumenty tych, którzy uważają, że, po pierwsze, ocieplenie to, niestety, realne zagrożenie (polecam podróż na Grossglockner do Austrii i prześledzenie tabliczek wskazujących dokąd sięgał lodowiec  w XIX w) , po drugie – że coś tym problemem należałoby zrobić (Stern ma tu kilka ciekawych propozycji); choć zastrzegam, że moja wiedza nt. ocieplenia nie jest  zbyt głęboka.  Ale chętnie przeczytałbym jakąś poważną dyskusję na temat zmian klimatu – rzecz jednak w tym, że taka dyskusja prowadzona uczciwie jest chyba niemożliwa. Wyrywkowy research w necie potwierdza taki wniosek  – komunikaty (obu stron ideologicznej barykady) mają wyraźne zabarwienie perswazyjne, obie strony są tak przekonane do swoich racji, że mają w dupie (pardon my French) racje strony drugiej. Spójrzmy zresztą na śródtytuły pierwszego z brzegu wyguglanego artykułu na interesujący nas temat: „skandal stulecia”, „głos rozsądku”, „czy można kupić prawdę”… – to nie są sformułowania kogoś, kto dyskutuje, to głos kogoś, kto próbuje przekonać czytelnika do określonego punktu widzenia. To, oczywiście tylko przykład (wzięty akurat z portalu prawicowego  – prawica .net), ale tak samo pewnie byłoby, gdyby sięgnąć do portali lewicowych (oczywiście wektor poglądów szedłby w drugą stronę), choć uczciwość nakazuje przyznać, że wypowiedzi jakie udało mi się na szybko wyguglać na portalach lewicowych były nieco bardziej wyważone.

Gdy plemiona walczą miedzy sobą, ostatnią rzeczą, jaka je interesuje, jest prawda.

ktoś ma dobrą odpowiedź na tytułowe pytanie? Any ideas?

 

 





Mała wojna, która wstrząsa czytelnikiem

19 06 2011

Wszystkim którzy tu od czasu do czasu zaglądają polecam książkę Rona Asmusa (tak, bohatera sławnej rozmowy między LK a RŚ, pamiętacie cytat: „czy zna pan Rona Asmusa?”) pt. Mała wojna, która wstrząsnęła światem”. Rzecz dotyczy wojny w Gruzji – a ponieważ Asmus to insider/dyplomata amerykański, otrzymujemy relację z pierwszej ręki ciekawą, pogłębioną, z detalami,  zdradzającą wiele faktów, o których zwykły obserwator nie ma pojęcia. Obraz wojny jaki przedstawił Asmus wygląda – niestety – na wiarygodny. Niestety, bo to, co pisze o Rosji, brzmi groźnie (wiele faktów wskazuje, że wbrew temu co sądzą niektórzy, Rosja planowała konflikt z Gruzją od miesięcy i to Rosjanie go sprowokowali). Szczególnie ciekawa jest relacja z rokowań pokojowych, toczonych przez prezydenta Francji, by uratować Tibilisi przed rozjechaniem przez rosyjskie czołgi. Świetna rzecz, czytajcie!

Na marginesie, książka pokazuje też dobrze rolę Polski (a w zasadzie jej brak) w rozwiązaniu tego konfliktu. Wbrew temu, co podpowiadałaby megalomańska duma narodowa, rola LK w ochronieniu Tibilisi przed rosyjską inwazją była żadna (Asmus w każdym razie nic o zasługach LK nie wspomina, samej wizycie prezydentów krajów Europy Środkowo-Wschodniej w Tibilisi poświęcając kilka linijek  – a  ponieważ amerykański dyplomata nie był zaangażowany w bieżącą naparzankę pomiędzy PiS a PO, nie wydaje mi się, by miał zafałszowywać obraz wydarzeń).

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jak pokazują ostatnie tygodnie, konflikt nadal się tli, rosyjskie próby obalenia było nie było demokratycznie wybranego prezydenta Gruzji (to nie bohater mojej baki, ale jednak)trwają nadal. Rzeczywistość dostarcza materiału na kontynuację Małej wojny – niestety Asmus jej nie napisze -zmarł niedawno, 1.05.2011





Czy warto w ogóle czytać fantastykę?

7 05 2011

takie, w sumie smutne pytanie  ciśnie mi się na klawiaturę, kiedy nadrabiam zaległości w klasyce/mainstreamie. Przed momentem skończyłem „Wojne końca świata” Llosy i zastanawiam się: jaka powieść fantastyczna wytrzymałaby porównanie z Wojną …? Lód? Władca pierścieni? Hyperion? No, może…

Any other ideas?

Kiedy sobie pomyślę (który to już raz), że poza fantastyką jesty tyle znakomitch rzeczy, których jeszcze nie czytałem, to aż żal straconego czasu na jakieś przeciętne czytadła SF/fantasy. Teraz trochę zmądrzałem, staram się gromadzić z fantastyki tylko to, co vox populi wyniesie na ołtarze (Baciagalupi, Gibson, Stross, M. John Harrison, Stephenson) – ale cały czas czeka to wszystko na półce,  wygrywają pisarze niefantastyczni. I jakoś nie czuję się z tym źle 🙂

BTW, ciekawe, czy dam radę przebrnąć przez  Dance with Dragons  – Martin pisał to tak długo, że pierwsze pokolenie czytelników zdążyło już się zestarzeć, ja zaś ze stanu oczekiwania przeszedłem do życzliwej niewiary, że on to w ogóle napisze, i sam nie wiem, czy jestem jeszcze znaleźć w sobie te emocje, jakie towarzyszyły mi przy czytaniu Gry o tron czy Nawałnicy mieczy. Choć serialowa Gra o tron po pierwszym odcinku „dawała radę” 🙂





Blog – rezurekcja

26 04 2011
Czas Świąt Wielkiej Nocy a, przede wszystkim zdarzenie, o którym te Świeta mają nam przypominać wygladają na dobry moment, by zmartwychwstał również i ten blog. Bo – o ile ktoś tu jeszcze zagląda – zdążył zapewne zauważyć, że mój internetowy dziennik umarł, a przynajmniej znalazł się w stanie, w jakim od pewnego czasu przebywa Walt Disney. Stwierdziłem jednak że los Disneya jest tak niepewny i smutny, że mój blogasek, któego w końcu lubiłem, zasługuje na coś lepszego  – niech więc się stanie – zaczynamy od nowa. Czas pokaże, czy będzie to triumfalne zmartwychwsatnie, jakiego świadkami byli Apostołowie, czy też blog stanie się tylko smutnym, bladym zombie z tanich horrorów (choć nie sądzę, by komukolwiek był w stanie wyżreć mózg :-).
 
Może najpierw o przyczynach milczenia, które są prozaiczne. Oszędzę Wam chrzanienia o braku czasu – wszystkim nam brakuje czasu, prawda? Jednak milczenie wynikało z przyczyn by tak rzec bardziej fundamentalnych. Otóż blog pisarza (względnie – jak w moim przypadku – osoby próbującej być pisarzem) ma sens, jeśli piszę się o tym, co się pisze. A tak się złożyło, że przez całe miesiące na ten temat trudno byłoby mi cokolwiek konkretnego powiedzieć. Coś tam pisałem sobie pisałem, owszem, objętościowo nawet duzo tego było, lecz wszelkie plany rozpadały się na skutek nowych pomysłów na całkiem nowe teksty/innych zajęć/rozrostu tego, co pisałem w danej chwili. Siłą rzeczy trudno by mi było więc rzec cokolwiek konkretnego. Bo na warsztacie (tak  po staroświecku, pisarze określają tware dyski) leży sobie, rozgrzebany jak grób po wizycie hien cmentarnych, tekst, który ma ostatecznie zakończyć to, co znacie z Królikarni i Trzeciego Świata. Oprócz tego – cztery opowiadania w różnym stadium rozwoju (fantasy, political fiction, cyber punk) +konspekt tekstu współczego, który nie wiadomo czym jeszcze będzie, opowiadaniem czy powieścią (a najprawdopodobniej, znając siebie, nie będzie niczym, bo go nie napiszę). Ci z Was, którzy sięgają pamięcią dalej,  pamiętają też zapewne o tekście Czyste Dobro, którego zamiarów napisania bynajmniej nie porzuciłem. Plus kilka jeszcze innych rzeczy, o których nie warto nawet teraz wspominać.
 
Co więc z tego co wymieniłem będzie?
 
Ha, najpierw będzie coś jeszcze innego. A żeby Wam opowiedzieć co, muszę cofnąć się mniej więcej o rok, gdy zgodziłem się napisać opowiadanie do antologii. Krótki tekścik. Sześćdziesiąt tysięcy znaków będzie najzupełniej wystarczające.
Jasne.
Teraz pluję sobie w brodę.  
 
Ów tekst, owo „opowiadanie”, jest bezpośrednią przyczyną tego, że posypały się wszystkie moje pozostałe plany literackie. Wymysliłem sobie rzecz jasna krótką, zgrabną historię. Po napisaniu dwudziestu stron znormalizowanego maszynopisu pojąłem, że opowiadanie będzie dość długie. Wątki dotąd niezamknięte, kolejni bohaterowie… – 60 tysięcy nie starczy, spostrzegłem. Ok., niech więc będzie osiemdziesiąt. Dziewięćdziesiąt. Sto tysięcy po raz pierwszy. Po raz drugi? Nie… Po pewnym czasie siadłem do pisania smutnego maila do redaktora rzeczonej antologii – tekst zyskał zbyt skomplikowaną strukturę by dalej mógł być uważany za opowiadanie, poza tym nowa objętość wymagała nowego szkieletu konstrukcyjnego – układ kostny słonia różni się przecież nieco od szkieletu myszy, nie? co wymagało – i nadal wymaga, bo operacja jeszcze nie skończona – wielu zmian. A i sama myśl przewodnia zaczeła ewoluować – od wypracowania na zadany temat, do wypowiedzi, dotykającej tego, co rzeczywiście mnie gryzie (to „pisanie obsesjami”, o którym mówi Dukaj/Twardoch/i chyba też Orbitowski – hell yeah, wreszcie wiem o co im chodziło 😉 Ostatecznie, jeśli się poświęca jakiemuś tekstowi tyle wysiłku i czasu, dobrze byłoby pisać na temat, który Cię naprawdę rusza, prawda?
 
Jaki jest stan na dziś? Cóż, tekst nadal rośnie. Można by rzec – jak Amerykanin na hamburgerach. Lub, jak kto woli, jak Polak po Świętach, zwłaszcza taki Polak, który nie przeczytał jeszcze książki Urbaniuka o odchudzaniu. Dawno przestał już (tekst, nie Urbaniuk) mieścić się w wąskie ramy antologii, a ostatnio przytył tak bardzo (Święta wydatnie się tu przyczyniły, przybyło 10% objętości, więcej niż autorowi tych słów), że nie zmieści się również do autorskiego zbioru opowiadań/mikropowieści (który na pewnym stadium pisania sobie wymysliłem, po to właśnie, by tego rozrastającego się potwora zutylizować i gdziekolwiek opublikować – ale zbioru nie będzie, bo ów potwór nie będzie potrzebował towarzystwa). Cztery miesiące temu byłem pewny, że zbliżam się do końca, teraz, mimo, że w tym czasie przybyło około 150.000 – 200.000 znaków widzę, że jeszcze sporo pracy przede mną. Tak na oko – 200.000 może 250.000 znaków. Może więcej (niech Bóg broni)
 
Nie napiszę o czym to będzie. Powiem może tylko – czym miał tekst być pierwotnie. Otóż stampunkiem. Tak zaproponował redaktor antologii. I chyba pewne elementy steampunku jakoś tam się pojawią, choć stracą na znaczeniu (ostatecznie dekoracje nie powinny przesłaniać clue tekstu, nie?). Aha, mogę również zdradzić roboczy tytuł, bo na tę chwilę sądzę że już się nie zmieni (choć kto wie?) – otóż powieść (bo pewnie zdążyliście się już domyślić, że będzie to powieść, prawda?) będzie nosiłą tytuł: Kresy 2.0.
 
Nie pytajcie kto to wyda – oczywiste, że najpierw pójdę z tym do Wydawcy, z którym stale współpracuję. Ale czy się spodoba – naprawdę nie wiem. Bo piszę ten tekst „na luzie” – w tym znaczeniu, że nie bardzo przejmuję się stroną komercyją – czy jest akcja? Czy jest wartka narracja? Czy są momenty? 🙂  Nie będzie to tekst, skonstruowany w oparciu o żadną gotową receptę na rynkowy hit (gdybym miał kominek, tam właśnie wylądowałyby wszystkie podręczniki creative writing – rzecz jasna, musiałbym mieć najpierw te podręczniki) niemniej chciałbym – skoro już się Kresy tak rozrosły  – by opowieść zystała epicki oddech (obawiam się wszakże że na wielkie narracje jesytem póki co zbyt mały). Jeśli dobrze pójdzie, a klocki znów nie rozsypią mi się w rękach, tak by wymagały składania na nowo – powinienem skończyć w ciągu kilku miesięcy. Może lipiec? Może sierpień? Wrzesień? Zobaczymy, w każdym razie ten rok jest celem.
 
do przeczytania
mg
 
PS chcąc reaktywować regularność wpisów, charakter bloga ulegnie zmianie. Częściej będą krótkie notki, dłuższych wypowiedzi publicystycznych spodziewajcie się więc rzadziej (brzmi to dziwnie w kontekście braku takich wypowiedzi od cholera wie jak długiego czasu).
 
PPS przepraszam tych, którzy pisali tutaj lub zaglądali, a ja nie reagowałem – przyznaję, porzuciłem to miejsce w sieci na długo. Mea culpa.




Pomożecie?

4 08 2010

Wiem, tytuł posta jak z Gierka… ale do rzeczy. Moi drodzy – ci, którzy tutaj od czasu do czas zaglądacie – mam do Was prośbę. Robiąc research do pewnej książki, z którą obecnie się zmagam (o czym jest – niebawem się dowiecie od Wydawcy, nie będę uprzedzał faktów), natrafiłem na nieprzewidziany problem – niewielką ilość publikacji w temacie. Chodzi o marynistykę – ale współczesną (wszystkie Hornblowery, O’Braieny, Terrory Simmonsa  itp rzeczy odpadają).

Oczywiście to nie jest tak, że takich publikacji, jakich szukam, nie ma – na pewno, cholera, są, musza być, a fakt, że ich nie znalazłem świadczy tylko o tym, że zabrakło pomysłu na wklepanie odpowiednich fraz do googla. Ufam jednak w zbiorową inteligencje sieci, więc  prosze Waszą o pomoc – tj. o podrzucenie tytułów książek/innych publikacji/linków w sieci/czegokolwiek innego, co przyjdzie Wam do głowy.

O co konkretnie chodzi?

– o beletrystykę, dziejącą się na współczesnych statkach/okrętach, najlepiej na morzu (w rodzaju, bo ja wiem, polowania na czerwony październik)

– o publikacje fachowe lub popularnonaukowe w tej kwestii (książli „lub czasopisma”)

– o blogi, dobre strony internetowe

– o wspomnienia marynarzy (ale nie takich, którzy pływali na ORP Orzeł, lepiej, gdyby pływali na czymś takim  względnie czymś jeszcze nowszym)  – w formie książkowej najlepiej, ale nie bezwzględnie

– mogą być też wspomnienia żeglarzy/podróżników

– o filmy dokumentalne (rzeczy w rodzaju The Cove)

Aha, niekoniecznie chodzi mi o kwestie związane z marynarką wojenną – może być, ale wszystko, co jest związane z marynarką, najogólniej mówiąc cywilną (w szczególności transport  towarów, rybactwo, wydobycie surowców/najlepiej ropy na platformach/, wielorybnictwo) będzie nawet lepsze.   

Z góry dzięki. Tym, którzy pomogą, obiecuję piwo na najbliższym konwencie, na którym uda się mnie przydybać :-), alternatywnie – egzemplarz książki, kiedy już ją napiszę, a Wydawca uzna za godną wydania (promocja ważna do wyczerpania zapasów egzemlarzy autorskich 🙂

pozdro

mg





Przerywam milczenie!

26 07 2010

 żeby zwrócić uwagę PT Czytelników bloga na nowy Czas fantastyki, który dopiero co pokazał się w empikach. A w nim m.in. artykuł o moim Trzecim Świecie, autorstwa Pawła Majki. Jest to bodaj najobszerniejszy dotąd tekst poświęcony mojej ostatniej książce. Zachęcam do lektury. 

A opróćz tego w „Czasie…”  trzymający poziom Ratman i rewelacyjny pędzący królik 🙂 no i jeszcze wiele ciekawych tekstów (np. Szczepana Twardocha, Jacka Dukaja). Na marginesie porównanie ostatnich numerów CzF i NF powoduje, że dociera do mnie że jestem chyba z innego  pokolenia czytelników – zdecydowanie wolę  CzF, a jeśli chodzi o NF to już dawno nie przeczytałem numeru NF od deski do deski. Starość, cóż  🙂