kilka słów komentarza przy okazji drzewa, które przyśniło się Jakubowi

10 01 2010

Zerknąłem sobie na najgorętszy ostatnio internetowy flejm w światku fantastycznym: mowa oczywiście o burzy, jaka rozpętała się w związku z wpisem Jakuba Ćwieka, nt. jego rozliczeń z Fabryką Słów i powieści Drzewo Crossa  . Nie będę wypowiadał się co do meritum – nie znam całości sprawy, chociaż co nieco obie strony ujawniły i w zasadzie przyznały, że żadna ze stron  nie wypełniła zobowiązań umownych (Autor – bo nie napisał powieści, do napisania któej się zobowiązał ; wydawnictwo – bo nie przysyłało rozliczeń za wcześniejsze książki, już wydane).

Gdzieś w tle pojawiła się kwestia lojalności autora wobec wydawnictwa – i o niej będą moje trzy grosze. Otóż brak rozliczeń ze strony Fabryki (jeśli wierzyć J. Ćwiekowi) był ponoć odwetem za to, że ów wydał książkę w Runie. I tu pojawia się kwestia lojalności – bo wielu P.T Komentatorów pisze mniej więcej coś w tym guście: well, cóż się dziwić wydawnictwu, że oczekiwało lojalności? Czy jest w tym coś złego, jeśli to właśnie oni wypromowali danego autora? (ten ostatni fakt jest zresztą bezsprzeczny  faktycznie J. Ćwiek wypromowany został właśnie przez FS). Ćwiek więc nie powinien chodzić gdzie indziej, gdzie indziej publikować.

Cóż, nie wiem, czy w publikowaniu u różnych wydawców jest coś złego (to etyka, grunt grząski, na który nie chcę się zapuszczać) ale, patrząc z perspektywy miłościwie nam obowiązującego prawa, to  bezwzględne zobowiązanie do lojalności autora wobec jednego wydawnictwa nie wydaje się w ogóle dopuszczalne.

Po prostu.

Jak stanowi Art. 41. ust 3.  ustawy o  prawie autorskim i prawach pokrewnych  „Nieważna jest umowa w części dotyczącej wszystkich utworów lub wszystkich utworów określonego rodzaju tego samego twórcy mających powstać w przyszłości.” Przekładając z prawniczego na polski: jeśli nawet zawrzemy umowę, w której się zobowiążemy, że będziemy pisali do końca życia tylko dla jednego wydawnictwa, albo chociaż, że będziemy pisali tylko dla tego wydawnictwa utwory określonego rodzaju (np. fantastykę) – taka umowa będzie nieważna.

Można polskiego Ustawodawcę krytykować za wiele rzeczy, ale w tym wypadku jest  to rozwiązanie sensowne. Przede wszystkim dlatego, że w przypadku autora, który zaczyna dopiero swą karierę, dysproporcja pomiędzy stronami umowy (wydawnictwem, zwłaszcza prężnym wydawnictwem) a autorem jest tak duża, że bardzo łatwo narzucić warunki wyraźnie preferujące jedną ze stron (wydawcę). Aby nie wyrósł zastęp niewolników, związanych umowami, jakie podpisało się lekkomyślnie, w młodości, kiedy potrzeby i oczekiwania są niewysokie ingerował  prawodawca. I – według mnie – dobrze zrobił. Początkujący autor jest gotów pisać za przysłowiową „miskę ryżu”.  I trzeba pamiętać, że przecież korzyść, wynikająca z tego, że dane wydawnictwo inwestuje w młodego autora, jest obustronna (nawet jeśli ów autor później odejdzie) – przecież cały czas Wydawca sprzedaje książki tego autora, ergo – zarabia.

Oczywiście zacytowany przepis nie wyklucza to klauzul lojalnościowych innego rodzaju – bo ja wiem, jakichś kar umownych, itp. rozwiązań, (musiałbym trochę pokombinować, co byłoby dopuszczalne – oto pole popisu dla prawniczej inwencji), ale z całej dyskusji nie wynika, aby Ćwiek był jakimiś takimi dopuszczalnymi w świetle prawa klauzulami lojalnościowymi związany (na przyszłość jak sądzę, Fabryka lepiej to przemyśli i zweryfikuje swoje wzorce umów 🙂

To tyle. Swoją drogą ciekawe, ilu autorów zastanawia się nad umowami, które podpisuje, ilu konsultuje je z prawnikami, negocjuje korzystne dla siebie warunki. Bo coś mi się zdaje, że znajomość prawa autorskiego nie jest pośród pisarzy powszechna. Jak mi się będzie chciało, to popełnię tutaj kiedyś dłuższą notkę nt. prawa autorskiego – podstawowych typów umów itp. Się zobaczy.

Aha, na wypadek jakby ktoś pytał –  nie wiem, jak inni autorzy Runy, ale ja nigdy dotąd nie miałem kłopotów z otrzymywaniem swoich honorariów.

Reklamy

Działania

Information

15 Komentarzy

11 01 2010
MadMill

Nie jest niedopuszczalne czy zakazane podpisywanie takiej „lojalki”. Wiele osób ją poza autorami też podpisuje i wcale nie zwraca na to uwagi, ponieważ jest to niewiążące. Nie wiem jak sprawa wygląda z „Zakazem konkurencji”, ale tam się płaci spore sumy osobom aby po prostu po zerwaniu jakiejś umowy z jednym pracodawcą przez określony czas nie pracowały dla innego w tej samej/podobnej branży i sektorze.

A najistotniejsze w całym zamieszaniu jest to co napisałeś w przedostatnim akapicie. Wiedza o tym co się podpisuje jest znikoma.

11 01 2010
maciejguzek

Fakt, nie znam przepisu, który by zakazywał podpisywania umów nieważnych z mocy prawa (choć to nie znaczy, że takiego przepisu nie ma, zawodowo zajmuję się zupełnie inną gałęzią prawa niż prawo autorskie czy cywilne, więc mogę o czymś zwyczajnei nie wiedzieć – np. o jakiejś regulacji polskiego KC (bądź nawet KK) zakazującej wprowadzania w błąd drugiej strony poprzez podpisywanie umów nieważnych)

pozostaje jednak pytanie: po co podpisywać, skoro umowa jest nieważna z mocy prawa?

zakaz konkurencji to osobna sprawa, bo to zazwyczaj jest materia prawa pracy, a autorów (zwłaszcza książek) z wydawnictwami nie łączy stosunek pracy, lecz umowa o dzieło, obejmująca bądź to przeniesienie praw autorskich (majątkowych) bądź to udzielenie licencji. Ale, jak napisałem, potrafię sobie wyobrazić takie klauzule lojalnościowe, które będą skuteczne i w przypadku stosunków : autor – wydawca

pozdrawiam i sorry, że odpowiadam tak późno, kiedy jestem w pracy nie udzielam się w necie 🙂

11 01 2010
michał krzywicki

Rzeczowy artykulik
Nie wiem, czy to śmieszne, czy smutne – ale może wydawnictwa teraz będę robiły sobie rekalmę : My płacimy swoim autorom 🙂 Runa może:)
Mam wrażenie, że każde prawo da się „wydmuchać”, wszystko zależy od wiedzy i kata, i ofiary. Z drugiej strony, potrzeby jest czynnik ludzki, nie wiem jak go określić – przyzwoitość, zaufanie? – i gdy go zabraknie, chyba wszyscy na tym tracą. I ci przysłowiowi naiwniacy, i cwaniacy.

11 01 2010
maciejguzek

True, czynnik ludzki jest bardzo ważny – ale to jest kluczowe w przypadku wszystkich regulacji prawnych, sam tekst ustawy, choćby i najdoskonalszy IMO nigdy nie będzie wystarczający żeby zapewnić, że ludzie będą postępowali w sposób „prawy”.

11 01 2010
Centaur Nessus

>Cóż, nie wiem, czy w publikowaniu u różnych wydawców jest coś złego

Nie ma nic złego. Zły jest najwyżej brak szczerości, typu nie mówienie swojemu wydawcy że za chwilę książka wyjdzie u konkurencji.
Chociaż szczerze mówiąc po lekturze bloga Jakuba Ćwieka da się naprędce sklecić warte wzięcia pod uwagę usprawiedliwienie – w pewnych wydawnictwach po prostu, gdy się napisze dla konkurencji, zaprzestają wznawiania starych tytułów i płacenia za sprzedane już egzemplarze. Jak autor ma nieszczęśliwym trafem dzieci, to powodzenia.

>to etyka, grunt grząski, na który nie chcę się zapuszczać

Ale to chyba jedyna platforma na jakiej da się to gruntownie przeanalizować.
Jak pokazują wypadki i głosy poboczne, porządek prawny jest najwyraźniej dla jednej ze stron bez znaczenia, a podpisywane umowy są jedynie parawanem dla rzeczywistości, w której każdy kto podpadnie swoje pieniądze może odebrać najwyżej przy pomocy sądu i komornika. Kiedyś porządek prawny o takich cechach nazywał się chyba feudalizm. A jak się nazywa teraz to nie wiem.

11 01 2010
maciejguzek

ja prywatnie też sądzę że nie ma nic złego w wydawaniu w różnych wydawnictwach. Niemniej tutaj wkraczamy na płaszczyznę subiektywnych ocen – bo ktoś sądzi, że to jest etyczne (Ty czy ja), natomiast inny będzie mówił że nie: bo przecież wydawnictwo zainwestowało, a nie miało pewności, czy się przedsięwzięcie uda, bo pomagało, kiedy autor był młody i nieopierzony itp. – granica jest cienka, a zasad etyki w tym względzie nikt nie skodyfikował (np. Dekalog milczy o podobnych sytuacjach 🙂 Dlatego wolę rzecz rozpatrywać li tylko na płaszczyźnie prawa – a to, jak nigdy w Polsce 🙂 wydaje się akurat w tej sprawie jasne.

11 01 2010
malakh

Witam.

Odnośnie tej recenzji na Polterze, o „Zmianie” nie pisałem, że był inspirowana opowiadaniem Tomka Kołodziejczaka, ale że pomysł na świat był podobny (mniej więcej). Tutaj nie padł zarzut o zgapianie od innego autora, ale chodziło o to, że Twój tekst nieco na tym tracił, ponieważ gdzieś rozmywał się element zaskoczenia. Tomek cię uprzedził, jeżeli można to tak nazwać.

W zgapiania i inne inspiracje nie wnikam, bo to może doprecyzować sam autor. Ja mogę stwierdzić, z czym mnie kojarzy się dany utwór.

Na Falkonie Marek S. Huberath ciekawie mówił o prawie pisarza i prawie czytelnika: Twórca, przelewając myśli na papier, ma prawo zawierać w tekście nawiązania do czego chce, ma wręcz obowiązek rozbudowania całej otoczki (świat, przeszłość bohaterów itp) poza to, co widać w tekście. Jednakże czytelnik am prawo tego nie zauważyć.

U Ciebie chodzi o „Na zachodzie bez zmian”. Moje prawo takie: nie znam tego (pokutuje moje wykształcenie biotechnologiczne, przez co teraz muszę nadrabiać braki lekturowe). Z kolei gdy Huberath mówił o „Balsami długiego pożegnania” byłem w szoku, ile mi umknęło – de facto, żeby w pełni docenić ten tekst, trzeba między innymi świetnie znać geografię i historię Wenecji.

Tak to już więc jest i będzie, że pisarz swoje, a czytelnik swoje;)

11 01 2010
maciejguzek

Skorzystam z okazji i odpowiem hurtowo – i Tobie, malakhu i Emilowi: oczywiście, czytelnik ma pełne prawo doszukiwać się takich nawiązań, jakie mu przyjdą na myśl, pełna zgoda z mojej strony. Ba, czytelnik w ogóle nie ma obowiązku szukać nawiązań. AFAIR pisał o tym ciekawie w uwagach autora do Malowanego ptaka np. Kosiński wg. którego pisarz, po napisaniu utworu, jest takim samym czytelnikiem jak każdy inny i nie może narzucać interpretacji utworu innym czytelnikom.
Słuszny wniosek IMO.
Intencja mojej notki – być może nie dość jasno wyartykułowana – była inna. Nie polemika z recenzentami, lecz wyjaśnienie, jakie faktycznie były inspiracje! Bo ta mnogość odwołań, jakie pojawiają się w rozmaitych recenzjach Zmiany (jak najbardziej z punktu widzenia czytelnika/recenzenta uprawniona), tworzy mimo wszystko wrażenie, że się inspirowałem rzeczami, których w ogóle nie czytałem. Ot, kolejne potwierdzenie teorii konwergencji: ludzie niezależnie od siebie wymyślają podobne rzeczy. Więc uznałem, że, żeby uniknąć ewentualnych oskarżeń o plagiatowanie Piekary, Shadowrun czy Tomka Kołodziejczaka (którego tekst – Piękna i graf – uważam za znakomity), wyjaśnię jak było.

Ja, Szanowni Recenzenci, się na recenzje i recenzentów nie obrażam z zasady – kłóci się to z moją filozofią działania na rynku: publikując, przestajesz być właścicielem tekstu i w zasadzie każdy komentarz trzeba zaakceptować. Nie jestem rozżalony, że Na zachodzie bez zmian zostało w wielu recenzjach przeoczone. Prawdę mówiąc to, że ktoś nie zauważył , że za moim opowiadaniem stoi Remarque, wcale mnie nie martwi (można się w sumie zastanawiać, czy to w ogóle jest wartość sama w sobie – odwołanie się do jakiegoś, choćby wielkiego, nazwiska i tekstu, bo moim zdaniem nie). Ale czytają kolejne odwołanie się do Warhammera czy innego Shadowruna (niewykluczone że to są super gry,nie wiem nie znam się) wyobraziłem sobie scenę, w której podchodzi do mnie jakiś czytelnik, mówi mniej więcej tak: Zmiana, wiesz, była nawet fajna, tylko, że dużo czerpałeś z Moorcocka. Na takie dictum nie umiałbym odpowiedzieć nic – zatem wolałem wyjaśnić.

Ale obiecuję, na przyszłość będę się hamował 🙂

pozdrawiam

PS przynajmniej w przypadku Trzeciego Świata sprawa nawiązań jest jasna 🙂

PS sorry za odpowiedź z dużym opóźnieniem; cóż, podczas pracy nie bardzo mogę udzielać się w necie 🙂

11 01 2010
MadBlog » Archiwa bloga » Zlej, to tylko fantastyka

[…] Autorom polecam lekturę tego co przestawił kolega Romulus na ZB, wzór umowy. Oraz chyba najwięcej racji w tym ma Maciej Guzek. […]

11 01 2010
Konflikt na linii Jakub Ćwiek – Fabryka Słów «

[…] kilka słów komentarza przy okazji drzewa, które przyśniło się Jakubowi (blog Macieja Guzka) […]

12 01 2010
MadMill

Ja jeszcze jeśli pozwolisz odniosę się do zalety wydawania w różnych wydawnictwach. Tzn pojęcia etyki związanej z tym aby być wierny jednemu nie do końca rozumiem, bo przecież wydawca nie jest twoim mecenasem tylko przedsiębiorcą, który chce – w sumie powinien chcieć – na twojej książce zarobić. Ale wróć, wydawanie w paru wydawnictwach to coś jak inwestowanie dużego kapitału. Trzeźwo myślący posiadacz takiego kapitału nie włoży całych oszczędności na jeden biznes (lokata w jednym banku, akcje jednej spółki, obligacje – chyba, że państwowe, ale takich wydawnictwa w branży nie ma więc możemy pominąć). Rozłoży sobie dostępne środki tak aby być zabezpieczonym jak jedno się nie uda to chociaż drugie zyski przyniesie. Pisarze też mogą tak dywersyfikować ryzyko. Może się zdarzyć, że jakiś wydawca okaże się nie fair albo zacznie mieć kłopoty i kasy przez dłuższy czas autor nie zobaczy, a tak to dostanie honorarium z innej książki od innego wydawcy i jakoś to będzie. Temu także nie rozumiem oburzenia na autorów, którzy wydają poza swoim powiedzmy to „matczynym” wydawnictwem.

3 03 2010
Tomasz Kołodziejczak

Swoje trzy grosze pozwolę dołożyć do dyskusji.
„Zmiana” to doskonałe opowiadanie, zachwycające momentami, moje ulubione w antologii „Smoki”, obok krótkiego tekstu Jacka Piekary.
Wszelkie w nim zbieżności z moimi tekstami o geografie Kajetanie uważam za nieprzypadkowe – to po prostu efekt przeprowadznia przez obu autorów (tzn. mnie i Macieja) podobnych konstrukcji logicznych w budowaniu światów. Jeśli umieszczamy akcję w rzeczywistości, w której technika łaczy się z magią, to prowadzić to nas może ku pdobnym klimatom i gadżetom.
Mi przydarzył się jeszcze ciekawszy przypadek – w opowiadaniu „Wstań i idź” pokazałem świat legalnej eutanazji, a trzy lata później przeczytałem opowiadnaie Dicka „Przedludzie” (wczesniejsze w stosunku do mojego), gdzie znalazłem te same wątki, obserwacje, nawet elementy scenografii. Ani to nie był plagiat, ani nawet inspiracja – po prostu dwóch autorów w dwóch różnych częściach świata przyjęło pewne założenia i zbudowało na nich logiczną konstrukcję tekstu.
Pozdrawiam
Tomek

4 03 2010
maciejguzek

Dokładnie! Często zdarza się tak, że autorom (nawet siebie nie znającym, nie kontaktującym się ze sobą) chodzą po głowie podobne pomysły – dlatego, że jest to konsekwencja tego, co kiedyś przeczytali, albo np. obserwowanych trendów np obyczajowych (jak ten przypadek we Wstań i idź). Skoro kontekst kulturowy jest wspólny, nic dziwnego, że autorzy niezależnie wpadną na takie same pomysły.
Swoja drogą Tomku, witam na blogu i ze swojej strony powiem, że z chęcią widziałbym kolejne Twoje teksty w tej samej poetyce co Piękna i graf (na którą sam oddałem wówczas głos na Polconie, świetny tekst)
pozdro
mg

4 03 2010
Tomasz Kołodziejczak

No tośmy się wzajmnie podrapali czule po potylicach…
Prawie skończyłem powieść. Prawie – to znaczy, że w zasadzie ją już napisałem, ale jestem w trakcie prac redakcyjnych. Ten sam świat, i bohater, i nawet po tym samym lesie łazi. Jak wszystko dobrze pójdzie, to na jesieni powinna się ukazać.

Ogólnie – to czasy mamy takie, że się najlepiej sprzedają gatunkowe miksy.
Harry Potter – powieść szkolna + fantasy. Zmierzch – młodzieżowy romans + horror. Wędrowycz – humoreska + fantastyka. Itd. Itp. Co dalej?
Romans science fiction? Horror + książka kucharska? Marynistyka + poradnik psychologiczny?
Tomek

4 03 2010
maciejguzek

o, to super. kiedy wydanie – jeszcze 2010?

co do miksów gatunkowych – marynistyka + poradnik psychologiczny? LOL (ale o marynistyce + powieści psychologicznej to już prędzej, nawet o czymś podobnym myślałem)
pzdr
mg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s




%d blogerów lubi to: