Twist and shout czyli o fetyszu zaskoczenia

4 01 2010

Jakiś czas temu pisałem o recenzjach: że autor nie powinien ich komentować, albo, tym bardziej, nie powinien z nimi polemizować. Że trzeba zagryźć zęby i dopuścić do siebie również krytyczne uwagi. Że jedyne co autorowi pozostaje, to próbować, wciąż próbować stworzyć coś lepszego od poprzednich utworów. Zdania w tej kwestii nie zmieniam, mimo że mam właśnie zamiar skomentować uwagę często pojawiającą się w kontekście Trzeciego Świata.  Ale nie dlatego, by się bronić, raczej po to, by zwrócić uwagę na pewne zjawisko.

Mowa będzie o zakończeniu. Zaskakującym.

Tymczasem, nie sposób przeoczyć, że Trzeci Świat ma zakończenie przewidywalne. Większość P.T. Czytelników zapewne szybko złapała, jak powieść się zakończy, potwierdza to zresztą lektura recenzji sieciowych. I, bywa, wytyka się to jako zarzut – owo przewidywalne zakończenie.

Oznacza to ni mniej ni więcej, że przewidywalność (bądź nieprzewidywalność)  zakończenia stanowi jedno z kryteriów oceny utworu literackiego, podług którego formułuje się oceny typu: dobra/zła książka. Bo – przyznaję to teraz jako czytelnik – bardzo lubimy zakończenia zaskakujące, owe twisty, wywracające na nice opowieść i to, czego już sami się domyśliliśmy. Ile razy sam się na to nabrałem, ilekroć wyczekiwałem (ba domagałem się)  zakończenia, którego sam się nie domyślę?

Ile razy sam miałem do rozmaitych autorów pretensję, że mi, czytelnikowi, nie zapewnili oni tego, co chciałbym otrzymać?

Ale pomyślmy:  czy to naprawdę jest ważne? Czy to, że autor nas zaskoczy w ogóle powinno stanowić kryterium oceny wartości literackich?

Odpowiedź jest, m. zd.  prosta: tak jeśli chodzi o literaturę konwencji (w tym, w szczególności, kryminał, ale i, w dużej mierze, fantastykę); nie, jeśli idzie o literaturę w ogólności, zwaną przez niektórych „literaturą bezprzymiotnikową”.

Spójrzmy, ile jest książek znakomitych (takich, którym mój Trzeci Świat nie jest godzien wiązać rzemyka u sandałów), które nas swoim zaskoczeniem wcale nie zaskakują. Ot, choćby powieści Hemingwaya – niedawno przeczytałem nieco mniej znaną jego książkę – „Za rzekę, w cień drzew” i,  choć książkę uważam za dobrą, to przecież domyśliłem się zakończenia już po przeczytaniu pierwszych stron powieści –  której akcja dąży do tego jedynego możliwego finału (podobnie zresztą ze sztandarowym dziełem Hemingwaya – mam na myśli „Komu bije dzwon”; nie wiem jak Wy, ale ja bardzo szybko zrozumiałem, że Robert Jordan dobrze nie skończy, co w żaden sposób nie zmniejszyło satysfakcji z lektury).  Albo weźmy jeden z ostatnich hitów literatury, powiedzmy, ambitnej – „Drogę” mianowicie, która, czujemy to od pierwszych stron, jest droga ku śmierci ojca chłopca. Można by ciągnąć wyliczankę dalej, wskazując klasyków (ot, choćby Przemianę Kafki), ale nie o to chodzi – chodzi, mianowicie o to, że wszystkie wymienione przeze mnie utwory (i wiele niewymienionych) broni się, pomimo, że zakończenia idzie domyślić się bardzo łatwo i ów fetyszyzowany twist nie następuje. Jeśli byśmy głębiej zastanowili się nad tematem, to dojdziemy do wniosku, że ów twist, niejednokrotnie by przeszkadzał. Bo nie wynika z konstrukcji świata przedstawionego. Bo łamię linie fabularną i stanowi gwałt na zdrowym rozsądku czytelników. Bo jest robiony „na siłę”. Bo świadczy o tym, że jedynym celem autora jest zapewnienie czytającym rozrywki, tych jakże miłych dreszczy przebiegających po plecach, kiedy Vader mówi: I,m your father, a Syrius Black okazuje się największym żyjącym przyjacielem Harry Pottera.

Ba, w wielu wypadkach – jak choćby w przypadku przywołanej wyżej książki Hemingwaya – to, że domyślamy się zakończenia, może, paradoksalnie, wzmacniać wymowę książki, intensyfikować nasze doznania, powodować, że nasze zmysły się wyostrzają, że lepiej zaczynamy pojmować tragizm sytuacji – jak choćby owego wojskowego, będącego głównym bohaterem „Za rzekę w cień drzew”, o którym wiemy przecież prawie, że od początku, że umrze, a jedyne co nam pozostaje to obserwowanie w jaki sposób żegna się ze światem i tym, co kocha. Czy ta książka robiłaby takie wrażenie, gdyby autor nie zasugerował, jaki będzie koniec jej głównego bohatera?

Śmiem wątpić.

Tak i ja, pisząc Trzeci Świat, pisałem go z pełną świadomością tego, że zakończenia będzie można się domyślić dość łatwo. Że ów często fetyszyzowany twist się nie pojawi. Wiecie -działanie z pełną premedytacją.

Ale wiem, co zaraz powiecie.

Problem w tym, że ja, to nie Hemingway (rzekłbym, cytując klasyka, że: I’m pretty fucking far from Hemingway), a Trzeci Świat to nie „Za rzekę, w cień drzew”

Wiem.

Ale kto powiedział, że nie można brać przykładu z (dużo, dużo) lepszych od siebie?

Ja sądzę, że tylko z takich warto brać przykład.

Advertisements

Działania

Information

16 responses

4 01 2010
rusty_angel

Dla mnie siła Trzeciego świata nie leżała w zaskakującym zaskoczeniu, tylko w sposobie poprowadzenia fabuły oraz zabawie typowymi elementami baśni i literatury fantasy. Twist przestał być dla mnie twistem już w momencie, gdy narrator postawił stopę na Trzecim świecie i z pyłu ukształtowała mu się twarz (przy okazji, brawa za lepsze przerobienie mitu o Wybranym niż James Cameron w swoim najnowszym dziele).

I wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

5 01 2010
maciejguzek

Dzięki za opinię. Spodziewałem się, ze mniej więcej wtedy czytelnicy TŚ będą mogli się zorientować w którą stronę pójdzie zakończenie. Co do mitu Wybrańca – był to jeden z silników napędowych powieści – użyć wielokrotnie powielanego mitu, ale pociągnąć go w inną stronę.
zaś co do Camerona i Avatara – domysliłem się, że gł bohater przesiądzie się na swoje nowe, niebieskie ciało już w chwili, w której pierwszy raz zaczął nim biegać, mniej więcej wtedy też zrozumiałem, że przejdzie na stronę niebieskich – a mimo wszystko film mi się w sumie podobał (chociaż głównie ze względu na oprawę wizualną, fabuła IMO zbyt „amerykańska”).

9 01 2010
Mateusz Dąbrowski

I zgodzę się i nie. Właściwie to wszystko zależy od książki. Są przecież nawet kryminały (sam czytałem takich kilka), w których pierwszy rozdział to złapanie przestępców. A cała reszta, leci chronologicznie od początku. A zatem nie dość, że zakończenie jest znane, to jeszcze wręcz dostajemy je jako sam początek. A mimo to książka może być ciekawa (czasem nawet ciekawsza od takiej zaskakującej).
Z drugiej jednak strony ten twist na końcu powieści, jeżeli jest, niejednokrotnie naprawdę podnosi poziom opowiadania. A czasem wręcz to opowiadanie tworzy (jak to ma miejsce w niektórych tekstach Wita Szostaka, choćby o Eremie, w którym istnieje prawdziwy, pewny cud).
Tak więc sądzę, iż zakończenie nie musi być niezwykłe, oryginalne i niszczące przekonanie czytelnika, o ile fabuła jako całość jest ciekawa. Gdy mamy do czynienia z marną, sztampową fabułą, wtedy zakończenie bywa ostatnim ratunkiem.

Co zaś się tyczy Avatara, to fabułę całą znałem już po trailerze. Ale też i nie jest to film, na który się idzie dla fabuły (może niestety), tylko dla efektów, które z pewnością są niezwykłe i są wystarczającym powodem by obejrzeć ten film. Zresztą jak to gdzieś widziałem, plot filmu Camerona to tak na prawdę całkowity plagiat Pocahontas Disney’a ze zmienionymi nazwami 🙂

9 01 2010
maciejguzek

kurcze, wstyd się przyznać, ale nie widziałem Pocahontas, ale juz z któregoś źródła słyszę, że Cameron zerżnął to z Disneya.
Względem zaś sprawy kluczowej – jasne, twist, świadomie wykorzystany, może być ciekawym elementem konstrukcyjnym tekstu, powiem więcej, ja, jako czytelnik uwielbiam twisty. Wszystko zależy od tego jaki autor ma pomysł. Natomiast wydaję mi się, że twist tak bardzo się ostatnimi czasy upowszechnił, że wielu oczekuje go neimal mechanicznie, jako stałego fragmentu gry – podczas gdy takim stałym elementem twist być nie musi (co starałem się wykazać w/w przykładami)
pozdrawiam

9 01 2010
Mateusz Dąbrowski

Umieściłem to przy okazji opinii o „Avatarze” na Fantazmatach, ale dodam jeszcze tutaj aby było wygodniej: http://i.imgur.com/JmRmb.jpg Dość obrazowo oddaje kwestię fabuły w tym filmie.

A co do zakończenia, mogę się tylko zgodzić. Twist potrafi być przyjemny, jednak bynajmniej nie powinien być traktowany jako cześć wymagana. Zresztą pisany na siłę może jedynie zepsuć powieść/opowiadanie.

7 01 2010
Marcin Wełnicki

Zgadzam się z Tobą, Macieju, chociaż widzę to troszeczkę inaczej.

Ten „twist”, o którym mówisz, nie jest tylko domeną gatunkowej literatury. Warto jedynie zaznaczyć, że zwrot akcji działa wtedy, kiedy jest planowany. Szokowanie czytelnika tylko dla samej wartości, jaką jest szokowanie, mija się z celem – autor wyszedłby lepiej na zakończeniu przewidywalnym. Natomiast sądzę, że posiadanie zaskakującego zakończenie jest o wiele ważniejsze w przypadku krótkich form literackich (jak opowiadania).

I odwrotnie, zwrot nie jest potrzebny, kiedy siła książki leży gdzie indziej (a tak jest w wypadku Trzeciego Świata). Powiem więcej, często jest to jedyne sensowne rozwiązanie, na przykład, kiedy autor chce opowiedzieć historię archetypiczną. Nie przebierając w przykładach, spójrzmy na wyświetlanego w kinach Awatara – siadając w wygodnym fotelu w kinopleksie, wiesz już jak ten film się skończy. Ale to nie ma znaczenia, bo nie to ma być jego kartą atutową.

Zupełnie na peryferiach tej dyskusji mieści się inna kwestia Według badań przeciętny czytelnik/widz lubi wiedzieć, jak dany utwór się skończy.

Pozdrawiam,
Marcin

7 01 2010
maciejguzek

chyba nie zawsze czytelnicy lubią wiedzieć jak się dany utwór skończy – vide kryminały. pamiętam jak kiedyś bodaj Ziemkiewicz (jeszcze za czasów jego felietonów w NF chyba) pisał, że kryminały poczytne to te złe – bo te bardziej ambitne dają jakiś pogląd na to, jaka jest psychika głównych bohaterów i rządzą się konsekwentną logiką – w efekcie czytelnik domyśla się kto zabił znacznie wcześniej i nie ma zaskoczenia. I w zasadzie to jest w dużej mierze prawda (choć nie w każdym przypadku, bo zakończenia Kryminałów Krajewskiego się nie wpisują w ten schemat, a podstawowa siła tych książek tkwi w rekonstrukcji realiów Breslau)
a propos twistów uzasadnionych, czymś takim było np. zakończenie Szóstego zmysłu (jaka szkoda, że dowiedziałem się tego jak się kończy ten film z przypadkowo usłyszanej rozmowy w pociągu 🙂

7 01 2010
Marcin Wełnicki

Ha, kryminały to chyba wyjątek od tej zasady ‚znajomości’ (znajomość to w sumie powód, dla którego tak poczytne są wielotomowe sagi, ale to już temat na kiedy indziej). Podobno Agatha Christie najpierw pisała powieść tak, aby każdy mógł się okazać mordercą, a potem wybierała tego, kto wydawał się najbardziej niepozorny 😉
Cieszę się, że przywołujesz „Szósty zmysł” (pamiętam moje zaskoczenie podczas seansu w kinie), bo to jest rzeczywiście film oparty na zwrocie akcji (w sumie jak wszystkie Shyamalana), ale finał nie jest „królikiem z kapelusza”. Wprowadzić zwrot akcji ni z gruszki, ni z pietruszki to nie problem, trudniej wprowadzić w błąd widza/czytelnika. Zwróć uwagę, jak zostały skonstruowane sceny w omawianym filmie. Gdybyś wiedział czego szukać (a jak piszesz, wiedziałeś) to rozwiązanie wydałoby się oczywiste. To są moim zdaniem najlepsze rodzaje ‚twistów’ – logiczne i konsekwentne, a jednak niespodziewane.

Pozdrawiam,
Marcin

PS.
Pozwoliłem sobie zlinkować na moim blogu ten artykuł/dyskusję, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko.

8 01 2010
maciejguzek

Faktycznie, oglądając Szósty zmysł wszystko wydawało mi się oczywiste 😦 szkoda w sumie, bo faktycznie film był zrobiony pod ten końcowy twist.

i oczywiście nie, nie mam nic przeciwko podlinkowaniu tego artykułu na Twoim blogu, toż to sieć.

pozdr
mg

PS tę historię o A. Christie też słyszałem, niezłe

9 01 2010
Marcin Wełnicki

Już na zakończenie dodam, że jeśli szukasz dobrego twistowego zakończenia, polecam I am Legend Mathesona (książkę, nie film). A może już czytałeś?

Pzdr
Marcin

9 01 2010
Fantazmaty

„Twist and shout czyli o fetyszu zaskoczenia” na blogu Macieja Guzka…

Na blogu Macieja Guzka pojawił się nowy wpis zainspirowany recenzjami, traktujący o zaskakujących zakończeniach. Czy „przewidywalność” zakończenia rzeczywiście jest wadą nieomal dyskwalifikującą książki inne niż kryminały? Czy nie warto czytać książek,…

10 01 2010
Marcin Wełnicki

Avatar nie jest jedynie kalką Pocahontas. Zapożycza również od Tańczącego z wilkami, Ferngully i innych opowieści o obcym, który staje się częścią plemienia i zwraca się przeciwko swoim dawnym rodakom. Cameron nigdy tego nie ukrywał. Zresztą, film był tak promowany, aby widz dokładnie wiedział na co się wybiera do kina. Trailer Avatara wystarcza, aby zrekonstruować całą fabułę – tak został pomyślany.

Pozdrawiam
Marcin

24 02 2010
Nivak

A ja może tak w sprawie „Trzeciego świata”.
Przewidywalność mi nie przeszkadzała. Dziwił raczej brak refleksji bohatera w kwestii jego podobieństw do pewnego mieszkańca trzeciego świata. Najpóźniej w momencie pojawienia się palca mogłyby się zacząć u niego zabawy z myślą „a może to ja jestem? co ja bym wtedy zrobił?”. No ale może on nie miał tak wybujałej wyobraźni 😉

28 02 2010
maciejguzek

Może masz racje, ale ja poprowadziłem rozumowanie następująco: rzeczywistość TŚ przedstawia się tak, że mutacje, spowodowane magią są powszechne (np. Grypping) i wie o tym gł. bohater, więc nie powinien on być aż tak nasz podejrzliwy (odwrotna myśl – że jest tym mieszkańcem o którym myślisz zakrawałaby na manię wielkości 🙂
poza tym dochodzi problem czasu – pamiętaj, że ów mieszkaniec Trzeciego świata o którym myślisz pojawiał się w różnych momentach historii Trzeciego świata, a nasz bohater był z Ziemi, więc oswojenie się z myślą, że w Trzecim świecie są możliwe podróże w czasie musiało mu zająć trochę nomen omen czasu.
BTW witam na blogu i przepraszam, że odpowiadam z takim opóźnieniem
pozdr
mg

1 03 2010
Nivak

Tyle że mnie niekoniecznie chodzi o pedejrzliwość, tylko o ewentualne zastanowienie się nad podobieństwami. O ile mnie pamięć nie myli następuje to dopiero w okolicach oblężonego miasta. Wydaje mi się, że bardzo trudno jest napisać książkę z konkretnym zamysłem (aż się prosi o użycie słowa „twist”), tak żeby za szybko nie zdradzić co i jak, a jednocześnie, żeby bohater – zwłaszcza w pierwszoosobowej narracji – był wiarygodny psychologicznie. Dla mnie w tej jednej kwestii nie był. Podejrzewam jednak, że to sprawa gustu.
Co do przyzwyczajania się do podróży w czasie, to pozwolę się nie zgodzić. Bohater podróżował w różne miejsca, znał kraje baśni. Człowiek, który decyduje się na takie wojaże, siłą rzeczy musi mieć otwarty umysł. Poza tym dowiaduje się o pojawianiu się tego osobnika już na samym początku powieści. Jedyne co broni, to kwestia mityczności tej postaci.
No ale ja się nie czepiam, bo ogólnie opinię mam taką, że TŚ to bardzo fajna książka, a wiadomo, że najłatwiej sie krytykuje. Pewnie dlatego, że wiadomo, do czego się przyczepić, a przy chwaleniu jest gorzej, bo można tylko napisać, że – uwaga, straszne słowa – „fajnie się czytało”. Poza tym jak się autora pochwali, to potem wszyscy piszą, że jest poklepywanie po plecach, a ja szanownego autora na oczy chyba nie widziałam i żadnego interesu w klepaniu nie mam.

4 03 2010
maciejguzek

Fajnie się czytało, powiadasz? Zabawne. Np. Kapuściński uznawał, że wyznacznikiem tego, czy książka jest dobra jest to, że się ją czyta długo, że zmusza do namysłu nad każdym zdaniem, a te książki, które się łatwo czyta wcale nie są dobre 🙂 (chyba w którychś Lapidariach)
ja niekoniecznie jednak podzielam ten pogląd RK, więc dzięki, cieszę się, że Trzeci… czytało się fajnie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




%d bloggers like this: