Dlaczego nie zachwyca?

4 12 2009

Jakiś czas temu marudziłem na Akwafortę – że rozczarowała. Obiecałem wówczas – nieopatrznie – notkę na ten temat, zatem, chcąc nie chcąc, trzeba obietnicy dotrzymać. Bo powieść Bishop cieszy się poważaniem i uznaniem (nie wiem jak z popularnością, o tę – z różnych względów, może być trudniej). Niemniej książka uważana jest za odkrywczą, świeżą, za świetnie napisaną, a ostateczny stempel postawił na niej Jacek Dukaj, pisząc, że Akwaforta go urzekła (kto podniesie rękę na tę książkę po opinii takiego autorytetu jak Dukaj? Kto się odważy?).

Pomny na te wszystkie opinie, wiele sobie po książce Bishop obiecywałem. A jednak nie chwyciło.

W komentarzu pod jednym z wcześniejszych wpisów Tsiar pyta:  co mi się nie podobało?

Chcąc być do końca szczerym, musiałbym odpowiedzieć: nie wiem. Bo nie mogę przecież wskazać jakichś ewidentnych kuch, nie mogę wytknąć, bo ja wiem, prymitywnych żartów opartych na spirytusie i dupie Maryni, nie mogę przyczepić się do szablonowości, gdy idzie o konstrukcję świata przedstawionego, nie mogę powiedzieć, żeby książka roiła się od błędów językowych.  Teoretycznie nie jest najgorzej.

A jednak.

Nie zachwyca.

What’s up?

Spróbowałem więc – zmotywowany pytaniem Tsiara  -wysilić szare komórki, odnaleźć przyczyny mojego do Akwaforty dystansu i z grubsza rzecz biorąc widzę to tak:

1. Powieść Bishop rozłazi się w szwach. Jest nieposkładana fabularnie i kiedy ją czytam, mam głębokie przekonanie, że jest ona po prostu nieprzemyślana, momentami wręcz pisana na kolanie. Ot, weźmy pierwsze czterdzieści stron, które mam za największa pomyłkę Bishop (przyznaję, brnąłem przez nie, a jedynym czynnikiem, który spowodował, że nie cisnąłem książki w kąt były owe liczne pozytywne o niej opinie). Nie dość, że ów wprowadzający epizod kiepsko wpisuje się w resztę i sprawia wrażenie de facto osobnego opowiadania (kompozycyjnie bardzo słabo to wygląda), to jeszcze najzwyczajniej w świecie jest przeraźliwie nudny. Ziewałem, tak. Nie raz i nie dwa. Wydarzenia opisane na początku w ogóle, w najmniejszym stopniu mnie nie poruszają – jest to kawałek kiepskiej próby literatury awanturniczej, według mnie notabene, całkowicie zbędny.

Ale gdyby była to jedyna wada kompozycyjna Akwaforty, nie byłoby źle. Dalej też nie ma fajerwerków, miałem (zbyt często) wrażenie, że autorka nie potrafiła powściągnąć samej siebie i w rezultacie pisała o wszystkim, o czym sobie pomyślała. Dukaj dopatrywał się w tym świadomego zabiegu (tak przynajmniej odczytałem jego recenzję) – oto wydarzenia snują się, niekonieczne, równo prawdopodobne – coś w ten deseń. Miał być to zatem sposób na zerwanie ze schematyzmem fabularnym fantasy. Otóż tam gdzie Dukaj widzi celowe działanie, ja dostrzegam brakoróbstwo kompozycyjne. Zaprawdę, znacznie lepiej by Akwaforcie zrobiło, gdyby była o sto stron krótsza, bardziej skondensowana. I nie, proszę mnie nie przekonywać, że te ciągnące się dziesiątkami stron dłużyzny mają na celu budowanie klimatu. To ładne sformułowanie, lecz ja sądzę, że w odniesieniu do środkowych partii Akwaforty (zwłaszcza tych, sprzed spotkania Gwynna z Beth), właściwsze będzie inne: wieje nudą.

Ale wróćmy do kompozycji, o której jest ten punkt. Kiedy już staje się ona bardziej zwarta, bardziej precyzyjna i przemyślana (druga część powieści) ni stąd ni z owąd mamy – równie odczapne jak początek, zakończenie – nie powiązane z tym, co stanowi główną oś opowieści, niespecjalnie zeń wynikające,  ot , krótkie sprawozdanie z dalszych losów dwójki głównych bohaterów. Jest ono potrzebne mniej więcej tak, jak komputerowi korba.

No, chyba, że jakiejś głębokiej myśli w tym zawartej nie zrozumiałem.

Chciałem rzec „Bóg raczy wiedzieć” ale lepiej sięgnąć w tym przypadku do jego naziemnego personelu, powiem więc : Bishop raczy wiedzieć , po jaką cholerę ta końcówka została zamieszczona. Niczego tak naprawdę nie wnosi, a jedynie psuje wrażenie z drugiej połowy książki (lepszej niż pierwsza). Jakie znaczenie ma to, gdzie dany bohater dokonał żywota, jeśli jest to opisane na kilku stronach? Przecież książka nie ma obowiązku opisywania losów danej postaci od kołyski do katafalku. Punktem według mnie znacznie lepiej nadającym się na zakończenie byłoby opuszczenie miasta przez bohaterów – autorka jednak wybrała inaczej.

2. Skoro już mówimy o bohaterach głównych to widzę tutaj kolejny problem, świadczący o niekonsekwencji autorki. Bishop, z dezynwolturą godną stereotypowej blondynki w sklepie z torebkami z krokodylej skóry, nie może się zdecydować, kto też ma być głównym bohaterem powieści. To jej wzrok zatrzyma się na lekarce Raule – i już, już czytelnik myśli, że to właśnie ona jest kimś istotnym, kiedy postać ta ginie, nie pojawia się na kolejnych stronach (chyba że w niewiele znaczących epizodach), wreszcie  jednak – już w epilogu – autorka znów decyduje się poświęcić jej parę słów. Znów – mam to za dowód niechlujstwa i nieprzemyślenia konstrukcyjnego książki (z chęcią wysłucham tutaj tłumaczeń, że jest inaczej  – niechże mi ktoś wyłuszczy intencje pani Bishop).

3. Obojętność – to kolejny problem. Po mnie wszystkie zdarzenia, opisane w Akwaforcie, spłynęły, nie pozostawiając śladu. Jedno z prywatnie istotnych kryteriów oceny wartości literackiej to dla mnie umiejętność grania na emocjach,  tymczasem to, co napisała Bishop zupełnie mnie nie poruszyło, nie „szarpało duszy”. Wiem, to trudno uzasadnić, bo to bardzo subiektywne kryterium – ale tak właśnie było; Akwaforta to dla mnie książka letnia, nie wzbudzająca ekscytacji, nie podnosząca tętna. Zdarzenia w niej opisane wydają mi się generalnie mało ciekawe, opisane są w sposób mało zajmujący, a na dodatek zachowania głównych bohaterów są mało przekonujące.

4. Hmm, widzę, że przeszliśmy do punktu 4 – konstrukcja bohaterów. To, rzekomo, ma być jeden z atutów Bishop – oto bohaterem jest persona zdemoralizowana, pozbawiona skrupułów, krótko mówiąc kanalia, z którą jednak czytelnik musi się zżyć (mowa o Gwynnie). Cóż, ja się z nim jakoś szczególnie nie zżyłem, ale nie o to idzie. Idzie mi o psychiczne nieprawdopodobieństwo tej postaci. Otóż

(ACHTUNG BABY                –                 SPOILER)

Gwynn, zatwardziały ateusz, pod koniec powieści zmartwychwstaje.  Czy też lepiej powiedzieć – zostaje wskrzeszony. Przez kapłana, dodajmy, który przez dużą część książki próbuje Gwynna nawrócić. Jednak mimo tego doświadczenia Gwynn pozostaje ateistą, po którym doświadczenie rezurekcji spływa mniej więcej tak, jak po mnie cała Akwaforta.

Tutaj, powiem wprost, Bishop „przegięła pałę” – i to w taki sposób, który nadwyrężył moją tolerancję. Powtórzmy: główny bohater został wskrzeszony, a mimo to pozostaje  ateistą i to takim, którego niespecjalnei dręczą jakiekolwiek wątpliwości  – taka sytuacja psychologicznie wydaje mi się zupełnie nieprawdopodobna. Rozumiem, ze niewiara może być bardzo głęboka, przemyślana i trwała – ale mimo wszystko nie potrafię sobie wyobrazić kogoś, kto po takim doświadczeniu przynajmniej by się nie zaczął zastanawiać. Ale Gwynn się nie  zastanawia – postępuje jak marionetka autorki, która narzuca nam swoją  wolę, nie bacząc na to, co sama napisała wcześniej. Mówcie sobie co chcecie, ale dla mnie jest to wyraz zupełnej niekonsekwencji i braku dyscypliny autorskiej. Kolejny przykład na pisanie w stylu „bo tak mi się zachciało”.

Sorry, ale takie podejście nie budzi mojego entuzjazmu.

5. Filozofowanie – nie będę się długo pastwił, ale te wszystkie, pożal się Boże, dialogi pomiędzy kapłanem a Gwynnem, no wiecie, dawno nie czytałem czegoś tak infantylnego. I na tym zakończmy ten wątek.

6. Konstrukcja świata przedstawionego.  Najpierw wyjaśnię – nie jestem typem fanatycznego world-buildera, kompletność wykreowanej rzeczywistości nie jest też kryterium najważniejszym do oceny utworu. Ale, na miły Bóg, niech autor/autorka choć stwarza pozory, że co nieco o wykreowanej przez siebie nibylandii  myślała, że są jakieś podstawowe założenia konstrukcyjne, choćby ogólne – w Akwaforcie tego nie dostrzegam, jest to dla mnie zlepek pomysłów, wrzucanych na zasadzie: to się będzie dobrze komponowało z innymi elementami. Owszem, scenograficznie jest to powieść dosyć atrakcyjna (chociaż nie przesadzałbym z zachwytami, niemniej scenografia  to chyba mimo wszystko największa zaleta Akwaforty), ale znów odnoszę wrażenie, że autorka poszła trochę na skróty.

7. Ostatnia sprawa to język. Nie to że jest zły; jest nijaki. Mam zresztą ten problem z wieloma tłumaczeniami – są suche. Nie to, że z błędami, broń Boże. Kurcze, znów wchodzę w obszar bardzo subiektywny, ale inaczej się nie da – wiele tłumaczeń nie ma melodii, rytmu, psuje prozę (choć formalnie są bez zarzutu). Między innymi dlatego wolę czasami czytać nawet gorsze książki polskich autorów – nawet jeśli książka jest  całościowo gorsza od zagranicznej, to przeważnie polski autor będzie miał lepsze „ucho” do języka niż tłumacz. No i oczywiście – bo, jestem pewien, zaraz podniosą się pełne oburzenia głosy – wiem, że jest wielu świetnych tłumaczy. Pamiętam na przykład, że znakomicie była przetłumaczona „Pieśń oberżysty” (bodaj Ł. Nicpan), znakomite tłumaczenia wychodziły spod pióra Jęczmyka itp. Ale w przypadku Akwaforty tłumaczenie jest po prostu poprawne – nie porywające.

Chociaż Michał Jakuszewski to dobry tłumacz – więc  może jednak wina leżała po stronie tłumaczonej prozy?

Oto i są moje uwagi z lektury Akwaforty. Brzmią niezbyt pochlebnie, chociaż, prawdę rzekłszy książki aż tak nisko nie oceniam (nie „zła”, ale „średnia”). O  zaletach jednak pisało wielu.

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że Akwaforta miała „papiery”, żeby mi się podobać: daleki od sztampy sztafaż, również daleka od sztampy ścieżka fabularna, proza (przynajmniej w założenia) „z ambicjami”, bynajmniej nie typowy „akcyjniak”.

A mimo wszystko – nie zachwyca.

Bywa.

mg

Reklamy

Działania

Information

One response

16 12 2009
Tsiar

Kluczowe w cały wywodzie jest chyba to „nie chwyciło” 😉

Zerknąłem sobie przy okazji, co to sam naskrobałem o „Akwaforcie” na forum NF, zaraz po lekturze: zachwycałem się między innymi strukturą powieści i jej bohaterami; no i klimatem, którego budowania w żadnym razie nie uważam za nudne, nie w przypadku tej książki 🙂

Tak właściwie, to się z żadnym z powyższych punktów nie zgadzam, głównie dlatego, że wszystkie dotyczą kwestii mocno subiektywnych, które ja po prostu odebrałem inaczej. No, z tym world-buildingiem coś jest na rzeczy, ale ja jego fanem jestem jeszcze mniejszym, więc zupełnie mi to nie przeszkadzało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s




%d blogerów lubi to: