Nadejdzie dzień – krótko o recenzjach

25 10 2009

Stało się, Trzeci Świat trafił do księgarń. Niestety, nie mogłem zareagować na blogu wcześniej; złożyła się na to wyjątkowo pracowita końcówka tygodnia.  Cóż, trudno. Ale – podczas gdy ja milczałem, inni pracowicie Trzeci Świat przemierzali i przetrawiali. W efekcie, nim książka na dobre zaległa na półkach Empików, pojawiły się w sieci trzy recenzje przedpremierowe: na serwisach Poltergeist, Katedra i Carpenoctem.

Spokojnie, nie zamierzam z żadną z nich polemizować, dziękuję wszystkim, którym chciało się książkę przeczytać, niezależnie od tego, czy recenzja jest pozytywna (jak te na Katedrze i – zwłaszcza – na Poltergeiście), czy mniej entuzjastyczna (to przypadek Carpenoctem). Jedyne, co mogę, powiedzieć na temat tych recenzji, to to, że jestem mile zaskoczony odbiorem książki; sądziłem mianowicie, że P.T. Czytelnicy mogą się odbić od niej przez wzgląd na odbiegający od normy sposób poprowadzenia narracji (mówiąc o odbieganiu mam na myśli oczywiście poletko fantastyczne). Jak na razie się jednak nie odbijają. Super.

Ale ja nie o tym.

Chciałem mianowicie, sprowokowany wspomnianymi recenzjami, zabrać głos na temat zabierania głosu przez autorów w sprawie recenzji własnych książek. Bo oczywiście nie jest tak, że recenzje zawsze się autorom podobają; to truizm, zdaję sobie sprawę, ale warto spojrzeć na to z perspektywy osoby piszącej. Zazwyczaj autor sporo kwestii przemyśli, utwór swój zaplanuje, porozwiesza na ścianach rozmaite fabularne strzelby, a potem jeszcze na dodatek  kilkukrotnie dany utwór przeczyta, przeredaguje, przedyskutuje z wydawcą i redaktorem. Nie dziwota, że kiedy pojawiają się recenzje, palce świerzbią, by się do nich odnieść. Dla dobra samego autora odradzałbym takim manewr.

Nie ma wielu sytuacji bardziej przykrych i żenujących niż oglądanie autora próbującego bronić swojej powieści/opowiadania. Zwykle takie obrony, choćby zaczynały się w sposób racjonalny i przypominały dysputy angielskich gentlemanów, kończą się czymś co jest skrzyżowaniem bójki na wiejskiej zabawie i kłótni na którymś z groteskowych w swej stronniczości internetowych portali politycznych. A najgorzej wychodzi na tym właśnie autor. Powodów jest bez liku, ja skupię się na kilku najważniejszych.

Zacznijmy od tego, że, nawet założywszy, iż zarzuty recenzenta są niesprawiedliwe, jeśli pisarz bronić się musi sam, to naprawdę nie świadczy najlepiej o jego umiejętnościach, i o jakości wyprodukowanego „dzieła”. Bo najwidoczniej nie ujął ów utwór nikogo za serce  tak silnie, by dać niesprawiedliwości odpór. Owszem, może się zdarzyć, że dzieło jest wiekopomne i ponadczasowe, a na dodatek, wyprzedza swoją epokę, która nie potrafi docenić rzucanych przed nią pereł. Jasne. Jednak oczekiwać, że coś takiego uda się w fantastyce, literaturze skonwencjonalizowanej, w której większość autorów za konwencją podąża karnie i zgodnie, jest, mówiąc oględnie, dużym optymizmem. Fantastyka to (w większości) literatura  ex definitione  popularna (to nie zarzut, to stwierdzenie faktu); jeśli więc ktoś tworzy tego rodzaju literaturę, czyni to ze świadomością, że musi dotrzeć do szerokiej publiczności. Jeśli nie dotarł, znaczy się – spaprał sprawę; późniejsze stwierdzenia o tym, że czytelnicy do utworu nie dorośli są więc usprawiedliwieniami budowanymi ex post, na uzytek własnej psychiki, w szczególności własnej samooceny, i zdarza się to najczęściej takim, , którzy mają megalomańskie zacięcie.

Wspominałem, że nie ma wielu sytuacji bardziej przykrych niż oglądanie autora broniącego swego tekstu, prawda? Jedną z tych sytuacji jest właśnie oglądanie autora – megalomana.

Ale to nie koniec.

Bo przecież to nie tak, że P.T. Recenzenci stanowią bandę baranów, a jedynym mądrym i sprawiedliwym jest autor. Oczywiście, ludzie są podatni na rozmaite mody, na marketingową siłę poszczególnych nazwisk, na tematykę (w tym sezonie modny będzie steampunk, w przyszłym będzie się czytało o…), ale to nie znaczy, że będą niewrażliwi na walory książki dobrej, która od wzorca odbiega. Dotyczy to zwłaszcza recenzentów, osób, które choćby z racji swojego zajęcia są nieźle oczytane. I  nawet jeśli ktoś nie rozpozna tego czy innego odniesienia do innego utworu, które autor wmontowywał w treść z pracowitością godnej lepszej sprawy  – to czy jest to taka straszna zbrodnia? Należałoby w tym miejscu zastanowić się, czy wplatanie w tekst utworu setek odniesień stanowi wartość samą w sobie i automatycznie podnosi wartość utworu. Moim zdaniem nie, ale to temat szerszy, o tym będzie osobna notka. Dość powiedzieć, że – jak mi się wydaję – recenzenci są en masse uczciwi, piszą według swej najlepszej wiedzy i umiejętności. A nawet jeśli się jakiś wyjątkowo złośliwy – pozostaje mieć nadzieję, że nieuczciwa recenzją sam się zdyskredytuje.

No i oczywiście nie warto się z recenzentami spierać jeszcze z innej przyczyny. Może się przecież zdarzyć, że recenzent wytknie rzeczywiste wady. Części pisarzy trudno najwyraźniej zaakceptować przykry fakt, że też, podobnie jak rzesza Czytelników, są jedynie ludźmi – a może jednak zamiast polemiki warto byłoby skorzystać z okazji, by nauczyć się czegoś na własnych błędach?

Kolejna sprawa to osobisty stosunek autora do utworu. Są podobno tacy, co do tego, co napisali podchodzą na chłodno. Może i prawda. Większość jednak pisarzy ma do swej pracy stosunek w mniejszym lub większym stopniu osobisty. Nic dziwnego, kiedy siedziało się nad czymś przez rok albo i dłużej trudno znieść krytykę, zwłaszcza niesprawiedliwą. Zresztą, bądźmy szczerzy,  każdą krytykę trudno się znosi. Nerwy puszczają. A wtedy trudno o rzeczową dyskusję, zaczynają się epitety, argumenty z autorytetu (wiem lepiej, przecież sam to napisałem!) i inne postawy, które przynoszą autorowi wiele, ale na pewno nie jest to chluba. Nie muszę daleko szukać, by przywołać przykłady. Pamiętam na przykład autora, wspominającego na jednym z forów internetowych, że Parowski go „niszczy” (lub podobnie, nie pamiętam zbyt dobrze bo było to ładnych kilka lat temu). Pamiętam autora obrażającego się na swoich krytyków i trzaskającego wirtualnymi drzwiami. Pamiętam innego, przypisującego swe niepowodzenia niechęci fandomu. Przez litość przerwę wyliczenie w tym miejscu. Przez litość (i autorska solidarność) nie podam nazwisk ani dokładnych cytatów.

Sami widzicie, do czego to prowadzi.

Cóż więc robić?

Postaram się odpowiedzieć najprościej: Milczeć! Mieć nadzieję, że niesprawiedliwy recenzent (o ile rzeczywiście jest taki) sam się skompromituje, lub opamięta 🙂 Że czytelnicy wbrew owym niesprawiedliwym (w autorskim odczuciu) recenzjom, docenią, albo, jeśli nie oni, to potomni. Wczytywać się w recenzje krytyczne, wyciągając z nich wszystko, co wartościowe.

A jeśli naprawdę ktoś chce uniknąć krytyki, należy pisać dobrze. Naprawdę dobrze. Tak, by krytykom spadły z wrażenia okulary i spaliły się klawiatury. Tak, by zamiast krytykować, czytali i wołali o jeszcze.  Wszystko, drodzy Autorzy w Waszych rękach. I głowach.

Należy dążyć do doskonałości.

Proste, czyż nie?

Ale póki co, póki się takiego poziomu nie osiągnie, jedyne, co pozostaje – to milczeć.  Ze świadomością, że opublikowany utwór nie jest doskonały. Że można było lepiej. Że, czegoś się nie dopracowało. Że niektóre partie tekstu należałoby napisać od nowa. Że pomysł mógłby być lepiej obmyślony. Że i polski język można byłoby opanować lepiej, poczynając od interpunkcji, na zasobie słownictwa skończywszy. Że trzeba dać z siebie więcej następnym razem.

I milczeć.

Przynajmniej do następnego razu. Powtarzając sobie tolkienowskie: „nadejdzie dzień!”.

Już wiecie dlaczego nie komentuję recenzji.

Maciej Guzek

PS Oczywiście, może się zdarzyć, że i mi puszczą nerwy i się kiedyś odezwę, więc, w myśl zasady: nigdy nie mów nigdy, nie zarzekam się. Ale niech Bóg broni.

Niech Bóg broni.

Advertisements

Działania

Information

6 responses

26 10 2009
Aleksandra J.

Zgodzę się ze wszystkim prócz jednego. Krytycy nie przestają krytykować dlatego, że ktoś lepiej zaczyna pisać. Na ogół dzieje się wręcz odwrotnie – im książka bardziej popularna, tym większą przyciąga uwagę i tym cięższe zbiera cięgi. Jak świat światem, nawet arcydzieła były i będą krytykowane. Nie ma książki, która podobałaby się wszystkim i chyba nawet być nie powinno.
Dążenie do doskonałości z takim zamiarem (uniknięcia krytyki) prowadzi do popadnięcia w zwykły perfekcjonizm i wypalenia się autora. No bo kiedyś trzeba to dzieło napisać. I dać sobie radę z własną niedoskonałością.
A tymczasem, niekoniecznie perfekcyjnie, ale rzetelnie, pisać jak się umie.

26 10 2009
maciejguzek

Może i tak, że im książka bardziej popularna, to tym więcej ściąga na siebie krytyki (pewnie również tej niezasłużonej). Ale zauważ, że „popularna” nie równa się przecież ‚doskonała”. Jakoś Mistrz i Małgorzata ściąga na siebie znacznie mniej krytyki niż (popularny, nie przeczę) gniot w rodzaju Kodu Leonardo da Vinci.

Natomiast co do dążenia do doskonałości – to oczywiście jest to ideał nieosiągalny (przynajmniej dla mnie), więc o paraliżowaniu nie może być mowy. Po prostu IMO trzeba pisać najlepiej jak można (tu się z Tobą zgodzę). Powiedziałbym, że unikanie krytyki jest „produktem ubocznym” tego, że pisze się dobrze. Ale też wiedza, że można było lepiej, powoduje, że do recenzji podchodzę zazwyczaj spokojnie.
pozdrawiam
mg

26 10 2009
Aleksandra J.

E tam, Mistrz i Małgorzata długofalowo na pewno ma więcej czytelników niż Dan Brown 😉 Nie mówię tutaj o „fastsellerach”, tylko o różnicy między książką autora nieznanego, a takiego, który już się wybił – albo faktycznie dlatego, że zaczął pisać lepiej, albo stąd, że zauważono go wreszcie w cywilizacyjnym szumie.
Pewnie jedno nie jest przyczyną drugiego, ale i tak zachodzą pewne korelacje. Jedno jest pewne: wychodzeniu z tłumu, z anonimowości, towarzyszy jednak pewien dyskomfort. Plusy przesłaniają minusy, ale i tak… a najgorsze jest to, że nie można po prostu mówić, co się myśli. To naprawdę szkodzi na żołądek.

W związku z tym, proponowałabym inne, zdrowsze podejście do recenzji negatywnych. Bądźmy przede wszystkim szczerzy. Po pierwsze, zakładamy, że autor głupiej recenzji jest gupi i ma fszy na pempku. Nie znosimy go serdecznie. Ale uważamy, że nie zniżamy się do jego poziomu i taki łepek jak on nie jest w stanie popsuć naszego humoru na dłużej niż kwadrans. Niech się kisi we własnym sosie, ostryga jedna, kreatura niskiej płodności, producent tekstów o krótkiej przydatności do spożycia. Po co dyskutować z tym fanfaronem podłej konduity? Mamy go w głębokiej pogardzie. Niech spada na rzęsy, a my idziemy uprawiać twórczość. Tfu, tfu!
😉

28 10 2009
Benzodiazepiny

Ten felieton to jeden z bardziej eleganckich, merytorycznych i stylowych głosów na puszczy jaki zdarzyło mi się od dłuższego czasu czytać.

2 11 2009
ninedin

Przeczytałam wpis i doszłam do wniosku, że chcę też przeczytać książkę człowieka, który potrafi tak rozsądnie, kulturalnie i w tak wyważony sposób pisać o swoich krytykach :). Pozdrawiam!

7 11 2009
maciejguzek

Ha, Twój komentarz zwrócił mi uwagę na jeszcze jedną zaletę postawy, powiedzmy, „wyważonej”. Otóż, biorąc rzecz czysto merkantylnie, na zimno, tak, jakby to zrobił fachowiec od PR (a przynajmniej zakładam, że tak by zrobił, nie znam się na tym) – taka postawa się pisarzowi najzwyczajniej w świecie opłaca. Bo spójrzmy – jak groteskowo wygląda pisarz, na siłę udowadniający wartość własnych utworów, tupiący nogami o podłogę, czerwieniący się gdzieś w kącie! Po prostu żałość. I co pomyśli taki krytyk, który uprzednio książkę pisarza skrytykował? Że nie dość, że pisarz napisał kiepski tekst, to jeszcze postanowił się skompromitować dalszym swym działaniem i obrazić recenzenta (który też przecież jest człowiekiem, więc następny, całkiem naturalny odruch będzie taki by pisarzowi przy kolejnej okazji odpłacić niezbyt pięknym za niezbyt nadobne). Nie znam się za dobrze na teorii gier, ale wydaję mi się, że taka sytuacja prowadzi do wyniku: lose-lose, po obu stronach.
A tu proszę, wystarczy zachować się w sposób wyważony, a dla kogoś jest to impulsem do przeczytania mojej książki 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




%d bloggers like this: